wtorek, 3 listopada 2015

Od Bethany

-Nie wiem czy chcę to dziecko. Rozumiesz? Nie chcę mieć dziecka którego ojcem jest wampir. Nie dam rady go wychować... poza tym mam całe życie przed sobą... nie jestem przygotowana na dziecko. Te ciągłe zmiany nastroju... przez to ze.jestem w nadnaturalnej ciąży to wszystko się kumuluje i w ogóle... ych!
  Kuba się zaśmiał.
-Normalne chyba, co?
-Nie wiem... nie planowałam dzieci, nie chcę mieć dziecka...
-Zobaczysz je, potrzymasz na rękach i od razu pokochasz.
-Skąd wiesz? A jak nie? Będę musiała je oddać czy coś...
-Na pewno nie. Beth... posłuchaj. nie rób nic głupiego.
-Moja rodzina nie ma ze mną kontaktu os miesięcy. Nie wiedzą że jestem w ciąży, że zostaną wujkiem, ciocią czy babcia lub dziadkiem...
-Chodź. - pociągnął mnie za rękę.
-Gdzie idziemy?
-Chodź, chodź marudo. - uśmiechnął się i kazał wsiąść mi do samochodu.
-O co chodzi Kuba?! - pytałam zaskoczona.
-Nie lubisz niespodzianek? To masz problem. - zaśmiał się i ruszył samochodem przed siebie.
-Gdzie jedziemy? - zapytałam robiąc minę obrazonej dziewczynki.
  Milczał, a ja siedziałam i patrzyłam się na niego wyczekujac odpowiedzi.
-Kuba!!!
  Milczał.
  Zła również zamilkłam.

  Dojechaliśmy pod mój stary dom. Stare osiedle w którym się wychowywałam, to wszystko było takie jak zwykle. Nie zamierzałam mówić rodzicom o ciąży. Ani swoim starszym braciom.
-Co tu robimy? - spytałam zaszokowana.
-Odwiedzasz swoją rodzinę. - uśmiechnął się.
  Rzuciłam mu się na szyję i pocałowałam w policzek.
-Chodź! - wyciągnęłam go wręcz z samochodu i pociągnęłam do drzwi mojego rodzinnego domu.
  Drzwi otworzył mi tata, ubrany w rozpiętą koszule w kratkę, pod którą miał szarą koszulkę. Miał nawet swoje jeansy które miał na sobie gdy odchodziłam stąd. Trzymał w rękach kubek z napisem "kochany tatuś" dostał go ode mnie na urodziny trzy lata temu.
  Za nim pojawiła się mama, która była od taty niższa o pół głowy. Miała krótkie blond włosy, ułożone i lekko pokręcone przez fryzjera. Miała na sobie chabrową sukienkę i czarne baletki w których śmigała zwykle po domu. Wyładniała, miała 40 lat a wygląda naprawdę na 30.
  Oboje byli zaskoczeni. Mama rzuciła się na mnie i przytuliła mnie, a w tle słyszałam wołanie mojego młodszego brata, gdzieś po schodach zbiegła jego narzeczona. Ten dom zawsze emanował energią.
-Mamo, tato... to jest Kuba. - przedstawiłam przyjaciela.
-Miło widzieć ze sprowadza chłopaka do domu który w końcu wygląda przyzwoicie. - skomentował tata.
-Tata to taki zabawny opiekuńczy śmieszek. - szepnęłam Kubie.
-Chodźcie. Akurat jest obiad. - mama obudziła się z natłoku myśli i od razu uśmiechnięta zaprosiła nas do domu.
  Byłam bliska łez. Kuba wiele dla mnie znaczy i wiele dla mnie robi...

Od Jakuba

Widzialem ze Beth morduje sie przebywając ze sforą. Smucilo mnie to. Staralem się pokazać jej że tu wcale nie jest tak źle. Jednak chyba na marne. Minął ten tydzień a moje starania nie przynosiły oczekiwanych efektów. Siedziałem na tarazie i rozmyślałem.
-To nic nie da. -powiedziała Kora wchodząc na taraz-Ona najwyraźniej nie pasuje do towarzystwa wilków. My możemy przy niej być, mieszkać mimo iż zapach wampirzego dziecka nas irytuje jednak jej doskwiera nasze towarzystwo.
-To co ja mam zrobić? Tu jest bezpieczna.
-Pozwól wampirą się nią opiekować.
-A jak Inferno ją dorwie?
-Wiem że jest Ci ona bliską osobą ale to dzoecko jest wampira.. Nie nam je ochraniać tylko wampirą. My tylko chcemy pozbyć się Inferno.
-Wiem no ale..
-Bethany zawsze może u nas znaleźć schronoenie ale jeśli nie czuje się tu dpbrze to pozwól jej odejść.
-Ehh... Może masz racje?
Wstałem i poszedłem na górę. Uchyliłem drzwi do jej pokoju. Spała.
Poszedłem do swojego i po pewnym czasie zasnąłem.
Rano obudziły mnie dzieciaki. Tak.. W "wilczym domu" mieszkały dwie pary z dziećmi. Te dzieci były urodzone jako wilkołaki.. Większość członków stada było tak zwanymi urodzonymi.. Ja i trzech innych byliśmy tylko przemienionymi.
-Co tam łobuzy?-zapytałem biorąc na ręce najmłodszą Jagode.
Margo i Max szli obok mnie. Jagoda miała 3 latka, Margo 6 a Max 8. Wilki urodzone pierwszą przemianę przechodziły po ukończeniu 8 lat. Max już się przemieniał.
-Możemy zobaczyć twoją nażeczoną?-zapytała Margo.
-To jest moja koleżanka.
-A nie nażeczona?-zapytał Max.
-Nie-odparłem spokojnie z uśmiechem.
Dzisiejszy dzień spędziłem z Beth i dzieciakami albo w salonie albo w ogrodzie z dala od obowiązków. Maluchy polubiły ją. Jednak przed 19 odesłałem ich do rodziców by Beth połozyła się spać.
Lekko po 19 zapukałem do jej drzwi. Kiedy isłyszałem "proszę" wszedłem.
Usiadłem obok niej na łóżku.
-Beth.. Wiem że nie chcesz tu być.. Jesteś tu bezpieczna ale szanuję twoje zdanie. Jeśli tylko chcesz jutro mogę cię odwoeźć do domu. Nie jesteś tu trzymana na siłę.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Od Jakuba

Biegłem przez ciemny las. Bardzo szybko. Uciekałem. Slyszałem za sobą pościg. Jako że byłem wilkołakiem byłem szybszy i zwinniejszy.
Wbiegłem pod wsgórze. Okazało się że to ślepy zaułek. Przedemną ciagła się wielka przepaść a na jej dnie płyneła rzeka. Skręciłem w prawo. Jednak droge zastąpił mi jeden z wampirów.
-Zostawcie mnie!-krzyknąłem zły.
Za mną stał już kolejny.
-Nie. Wyplenimy was.
-To nie my!
-A jednak wy.
Pare dni temu ktoś zamordował dwoje nastoletnich wampirów. Wszystko wskazywało na robotę wilkołaków jednak na tych terenac mieszkała tylko jedna watacha.. Do której należałem ja. Żadne z nas nie podniosło nawet renki na tych nastolatków. Nawet ich nie znałem! Wampiry się wściekły.. Postanowiły się zemścić. Podejrzewaliśmy spisek Inferno. W końcu nie było im na renke że wilkołaki i wampiry zjednoczyły się by walczyć przeciw nim.
-Jesteście w błędzie. Żaden wilk z naszej watach nic nie zrobił żadnemu z was.
-Wiesz kim były te dzieciaki? Miały rodziny, przyjaciół.. Były nam bliskie. Wasze psie łapska ich ruszyły. Zginiecie.
-Ile jeszcze mamy powtarzać że to nie my?!
-Kłamiecie.
Wampir rzucił się na mnie. Walczyłem tak by nie wyrządzić mu krzywdy. Kiedy go odepchnąłem zachwiałem się a wtedy drugi skorzystał z tego mkmentu i podłożył mi noge. Runąłem w przepaść...

Obudziłem się... Sam nie wiem ile czasu minęło. Leżałem na łóżku w wilczym domu. Obok mnie siedziała Kora.
-Wreszcie. Juz się bałam źe nas zostawisz
-Ile byłem nieprzytomny?-wybąkałem.
-Trzy dni.
-Aż tyle?!
-Aż tle? Słuchaj.. Jak cię Ash i Peter znaleźli i przynieśli do mnie myślałam że jesteś martwy!
-Co z Beth?
-Wampiry nie pozwalają nam nawet wyjść z lasu.  Chcą nas dopaść.
-Ale to nie my..
-Tak cale oni w to nie wierzą.
-Muszą przejrzeć na oczy zanim wydarzy się coś złego.
-Prawie Cię zabili nie odpuścimy im tego.
-Dajcie spokój. Jest wiele innych pilnych rzeczy. Na przykład obrona Beth i walka z demonami.
-Wampiry nie dadzą nam spokoju.
-Wiem.. Ale musimy z nimi porozmawiać.
- To nic nie da.
-Musze wstać. Zobaczyć się z Beth.
Kora starala się mnie przekonać że to zły sposób jednak jej się nie udało. Wstałem caly obolały.. Wsiadłem do samochodu i pojechałem.
Przed domem Beth aż śmierdziało wampirami. Szybko przedostałem się do jej domu mimo iż na pewno mnie wyczuli. Siedziała w salonie.
-Kuba.. Gdzie byłeś tak długo?!-zapytała.
-To długa historia.
Do domu wszedł Tony.
-Wynoś się stąd.-powiedział do mnie.
Beth spojrzała się na niego potem na mnie a następnie znów na niego.
-Nie wiem o co poszło ale to mój dom i to ja będę decydowała kto tu będzoe siedział a kto nie a jak masz z tym jakiś problem to sam wyjdź.-powiedziała.
Tony spojrzał na nią zaskoczony a następnie przeniósł pełen nienawiści wzrok na mnie i wyszedł.
-Co się stało?-zapytała.
-Nie czas teraz o tym mówić.
-Gadaj.
-Do długa historia.
-Co ci sie stało?-zapytała.-Jesteś caly poobijany.
-Maly wypadek.
-Biłeś się?
-Można tak powiedzieć..
-Dlaczego?
-Nie chce cie martwić.
-Kuba..
-Mam prośbę. Słuchaj.. W lesie jest taki dom. Jest spory.. Zamieszkasz w nim dobrze? Ja tam chwilowo mieszkam. Nalež do Kory.. Mojej alfy. Wszystkie wilkołaki są tam mile widziane.
-Ja nie jestem wilkołakiem.
-Kora sie zgodziła. Tam bedziesz bardziej bezpieczna.
-Mam dość bycia problemem! Dajcie mi normalnie żyć.
-Nie jesteś problemem. Proszę... Chociaż przez jakiś czas. Zaufaj mi.
Patrzyła się na mnie nie wiedząc co zrobić. Jednak po chwili udało mi się nią przekonać. Czekałem w salonie aż spakuje najpotrzebniejsze rzeczy poczym razem pojechaliśmy do wilczej rezydencji.

czwartek, 29 października 2015

Od Bethany

Nie wiedziałam o co mu chodzi. Byłam zdziwiona jego zachowaniem, a na dodatek musiałam chronić dziecko a przebywanie wśród wilkołakow to nie była szczęśliwa myśl. Ale ze względu na prośby Kuby zgodziłam się.
-Prowadzę. - powiedział wsiadajac do samochodu na miejsce kierowcy.
-Słucham? - spytałam. - ja nawet nie mam prawa jazdy... poza tym dlaczego miałabym nie prowadzić?
-Bo jesteś w ciąży.
-O nie. Powiedzmy sobie jasno. Nikt się nie wtrąca do moich spraw. Ty też.
-Ale...
-Powiedziałam juz. Tak zostaje i koniec.
-Niech Ci będzie. - mruknął pod nosem.
-Zapamiętaj to sobie.

  Nie czułam się tu dobrze. Może to przez to, że dziecko które nosiłam było jak na dwa miesiące niewiarygodnie duże, mój brzuch wyglądał na sześcio miesięczne...
  Może zapach wilkołakow dziecko czuło się źle? Może odziedziczyło coś po Damonie?  Oby nie.
  Byłam bardzo ruchliwa, Kuba mimo licznych obowiązków w sforze nie pozwalał mi na wiele rzeczy które chciałam robić - np. jazda samochodem, wchodzenie na drzewa, jakiekolwiek wygłupy nie wchodziły w grę. Miałam to oczywiście gdzieś, wiedziałam co jest dla mnie dobre i lubiłam łamać zasady, a tak jest mi dobrze. Kuba i tak nie miał czasu, Kora mu zabraniała wielu rzeczy. Nie mógł slęczeć przy mnie zbyt długo bo miał swoje obowiązki a ja mogłam robić to co chciałam.

Od Jakuba

Wszedłem wraz z Beth do jej domu. Wsiadłem w salonie a ona poszła się przebrać. Kiedy wróciła coś zauważyłem.
-Jesteś w ciąży?-zapytałem a raczej bardziej stwierdziłem.
-Nie-powiedziała szybko.
Zdecydowanie za szybko.
-Przecież widzę. Jestem wilkołakiem o czym już wiesz. Wiem jak pachną ludzie... Od ciebie wyczuwa także inny zapach.
-Nie jestem.
-Kto jest ojcem?
-Nikt.
-Wampir.. Tak czuje wampira..
-Nie jestem w ciąży.-upierała się.
-Masz wydęty zaokrąglony brzuch.
-Mówię coś
-Wilkołaka nie oszukasz. Damon jest ojcem? Dlatego się ciebie uczepił a Inferno chce dziecka tak?
Westchneła zrezygnowano.
-Tak.
-Nie dostaną go.
Wyczułem dziwne emocje.
-Dziecko jest głodne-stwierdziłem.
-Tak..
-Chce krwi to logiczne. Umrze jeśli jej nie dostanie
-Nie wiem czy chce to dziecko. I też nie chce nikogo krzywdzić by dostarczyć dziecku krew.
-Nie musisz.
Wstałem i poszedłem do kuchni po nóż i szklankę
Wsiadłem na kanapie w salonie i rozciąłem sobie nadgarstek. Krew płynęła wystarczająco szybko i intensywnie by napełnić dno szklanki na wysokość około 3 centymetrów.
-Wypij.
-Nie! To ochydne!
-Spróbuj.
Po chwili wachania wypiła.
-I jak?
-Kopneło. Smakuje mu
-Widzisz. Jest dla niego pewnie cierpka bo wilcza jednak to zawsze coś.
-Dziękuję.
-Mogę poczuć jak kopie?-zapytałem.
Uśmiechneła się i usiadła obok mnie. Położyła moją rękę na brzuchu.
-Jesteś bardzo ciepły.
-Taki już mój wilczy urok
Nagle po czułem jak kopie
-Lubi cie-powiedziała
-Skąd wiesz?
-Po prostu wiem. Czuje to.
-Po mogę ci.-odparłem.
-Dlaczego?
-Bo tak.
-To nie odpowiedź.
-To mój obowiązek.
-Nie. Nie chce by ktokolwiek mnie niańczył.
-To będzie przyjemność dla mnie
-Dlaczego akurat mi?
-Kogoś mi przypominasz.-odparłem zaskoczony że powiedziałem to na głos.
-Kogo?
-Moją byłą.
-Jak ma na imię?
-Miała na imię Diana.
-Miała?
-Umarła
-Jak?
-Przeze mnie . Spowodował em wypadek. To ją powinienem wtedy zginąć
-Nie mów tak
-Ale to prawda
-Nie. Tak miało być.. Nic się z tym nie zrobi.
-Jesteś pierwszą osobą z którą o tym otwarcie rozmawiam-odparłem.
-Będzie dobrze-powiedziała i przytuliła mnie
Po chwili odsuneliśmy się od siebie
-Em.. Przyniose coś dla dziecka dziś.
-Co?
-Krew. Będziesz piłą po torebce dziennie
-Nie chce
-Zrób to dla dziecka.
Westchnęła
-Muszę już iść ale nie martw się. Jesteś cały czas pod opieką-przytuliłem ją i wszedłem
Musiałem pojechać do Tonego. Może i jesteśmy wrogami ale mamy wspólny cel. A mianowicie ochronę Beth. Nic mu nie powiem o ciąży.  Wiem że chce ona by to była tajemnicą. Ale musiałem z nim o czymś porozmawiać a potem obrabować szpital z krwi.

środa, 28 października 2015

Od Bethany

-Ktoś do ciebie. - usłyszałam na korytarzu głos Dominiki. 
-Kto taki? - zeszłam na dół i zobaczyłam Damona. - Co tu robisz? 
-Mam go wyrzucić? - spytała Doma. 
  Damon zaśmiał się kpiąco i odsunął Dominikę na bok. 
-Przyszedłem do niej. - wskazał na mnie palcem. - Mogę pogadać z nią w 4 oczy?
-Jasne. - mruknęła i poszła na górę. 
-Przyszedłem sprawdzić jak się trzymasz. 
-Od kiedy się tak mną interesujesz? 
-Od kiedy nosisz moje dziecko. 
-Twoje?
-Przecież to ja cie zgwałciłem. - roześmiał się. - Nie pamiętasz? 
  Milczałam.
-To nie twoje dziecko. - skłamałam. 
-Kłamać nie umiesz. 
-Czemu zależy ci na tym, żeby to było twoje dziecko?
-Bo Inferno chce mieć to dziecko, a ja lubię się licytować. 
-Moje dziecko nie będzie kartą przetargową. 
-Nie udawaj mamusi, nie zależy ci też na tym dziecku. 
-Nie zależy, ale to dziecko.
-Och daj spokój Beth! Masz w dupie to co się z nim stanie! 
-Nie mam. 
-Masz. 
-Koniec tego. Wyjdź stąd! 
-Nie podnoś na mnie głosu słonko. - wziął moją twarz w jego dłonie bym nie mogła się wyswobodzić. 
-Wyjdź!!! - krzyknęłam. 
  Na dole zjawiła się Dominika a przez drzwi wszedł Tony i Kuba. 
-Coś nie tak? - spytał Tony. - Damon, dość tego. 
-Rozmawiamy tylko. 
-Wynocha. - powiedział Tony i wywalił Damona. 
-Kto to był? - spytał Kuba.
-Mój brat. - odparł. 
-Masz brata?!
-Nie wiesz o mnie nic. - odpowiedział wymijająco i wyszedł. 
-Co się dzieje? - spytała Dominika. 
-Nic. Małe spięcie. - mruknęłam. 
-Idź do domu. - nakazał Kuba.
-Ale...
-Już.
-Przepraszam Cię Beth...
-Do zobaczenia. - przytuliłam ją i ona odeszła. 
-O co chodzi?
-O nic. 
-Jasne jasne kłamczuchu. 
  Zrobiłam krzywą minę patrząc, jak ogląda moje mieszkanie. 
-Widziałem tą krzywą minę! - zawołał. - Masz kota? 
-Jaką krzywą minę... - udałam że nic nie zrobiłam. - Kitler. 
-Miłośniczka Hitlera? 
-Nie zupełnie. - zaśmiałam się. 
-Jutro zakończenie roku. Idziesz? 
-Tak. Tylko po zaświadczenia i koniec nauki. 
-Zawiozę cię.
-Nie trzeba...
-Ależ trzeba trzeba. - mrugnął do mnie. - Jutro o 8.30. 
-Jasne, będę gotowa na sto procent. 
-Mam nadzieję. - uśmiechnął się.

  Po tym zakończeniu gdy szłam w stronę samochodu Kuby dopadł mnie Damon. Nadal męczył o tą sprawę z dzieckiem.
-Ta sprawa ma być nie rozgłoszona. Jasne? Nikt ma o tym nie wiedzieć. 
-Milczenie jest złotem. Co za to będę miał? - objął mnie ramieniem a ja zdjęłam jego rękę. 
  Uśmiechnęłam się.
-Gówno. 
-Grzeczniej... - syknął. 
-Bo co? - zaśmiałam się.
  Za mną zjawili się Kuba i Tony wraz z Niną, Eleną i Dominiką.
-Tony. Mamy do pogadania. - zarządził Damon i wziął go na bok. - Pokażę wam jaki potrafi być Damon. - zaśmiał się i odszedł.
-Mamy się czego bać. - zaśmiała się Dominika. 
-No, mamy. - potwierdził Tony.
-Co? - zdziwiła się Doma.
-Wracaj do domu. - nakazał Kuba. 
  Dominika odeszła. 
-Co takiego Damon może nam zrobić?
-Wybić pół miasta. Muszę go jakoś powstrzymać, zostawcie to mnie. - mruknął Tony i odszedł. 

  Wieczorem Dominika gdy wychodziła ode mnie nie pozwalała mi wyjść z domu. Zła wybiegłam na samej koszulce na ramiączka i krótkich spodenkach. Padał deszcz, było bardzo rześko. 
  Takiego orzeźwienia mi trzeba było. Poczułam delikatne kopnięcie w brzuch, potem pisk opon. Spojrzałam w bok. 
-Oszalałaś!? - usłyszałam głos Kuby.
-Jak zawsze w dobrym momencie. - zaśmiałam się.
-Wchodź do domu. - wysiadł i pogonił mnie na górę. 

Od Jakuba

Przekroczyłem wielką kamienną bramę. Szedłem miedzy wielkimi czy małymi nagrobkami. Wszystkie były podobne.. łączył ich ból. Za każdą pochowaną w nich osobą "stały" inne osoby które zostały pogrążone w żałobie, smutku i bólu po utracie. Niosłem w ręce jedną róże... była to róża koloru białego. Zawsze co roku w dniu.. kiedy stało sie to co sie stać nie powinno byłem tu z jedną, biała różą. 
Skręciłem w piatom alejkę po prawo. Dotarłem na sam koniec tuż pod wielką płaczącą wierzbą. Pasowała ona tu idealnie. Moje oczy pooli zaczęły topic siew łzach. Położyłem róże na marmurowej, białej płycie i usiadłem. 
-Tak mi przykro..-wyszeptałem a wiatr zawył głucho-Wybacz mi Diano.-powiedziałem raz jeszcze-To moja wina.. to nigdy nie powinno sie wydarzyć .Gdybym wtedy pomyślał. Ale nie.. wolałem sie popisać przed tobą.. i to doprowadziło do tego ze już więcej nie ujrzę twojej roześmianej twarzy.. nie przytulę Cię.. 
Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek i odpaliłem jedną. 
-Pamiętam jak bardzo lubiłaś zapach tytoniu..
Zaciągnąłem się zamykając oczy a jedna łza wymknęła sie z mojego oka kreśląc po policzku mokre ślady.
-To ja powinienem wtedy zginąć nie ty. 
Powspominałem chwile spędzone z moją.. zmarłą dziewczyną po czym odszedłem. Nie mogłem tu przychodzić. Rodzina Diany wyraziła sie jasno. Jednak.. nie mogłem.. nie mogłem tu nie przychodzić. 
Wyszedłem z cmentarza i podążyłem w stronę miasta.
Zaczął padać deszcz i sie ściemniło. Usiadłem na schodach kawiarni która była zamknięta. 


Zawsze w ten dzień.. byłem sam. Pogrążony wspomnieniami i bólem który był silniejszy niż na co dzień. 
Zamyślony nawet nie zauważyłem kiedy Kora podeszła do mnie. 
-Wstawaj. To że mamy lepszą odporność nie znaczy że możesz przemoknąć całkowicie. 
-Zostaw mnie.
-Nie. Jesteś moim betom. Moim zadaniem jest o ciebie dbać. 
-Nie chce wracać do domu.
-Nie musisz. Jako członek mojego stada możesz zamieszkać w naszym wspólnym domu. Każdy wilkołak znajdzie tam schronienie. To taka nasza gospoda. 
-A Beth?
-Dziś pilnują jej wampiry.
-Myślałem że jesteśmy wrogami..
-To sie nie zmieniło.. ale wiesz.. nawet najwięksi wrogowie potrafią połączyć siły jeśli mają wspólnego wroga. Wygnamy demony i znów będzie po staremu.
-Eh.. przez to straciłem przyjaciela.
-I zyskałeś nowych. Poznasz dziś cała watache. Będzie fajnie. Nie smuć się. Zostaw to co było za sobą. 
-Tak sienie da.
-Chociaż sie postaraj. 
Namówiony przez Korę wstałem. Wsiedliśmy do jej samochodu i pojechaliśmy do "wilczej gospody"..